Drodzy czytelnicy. Od tego tygodnia musicie traktować mnie poważnie, bo nie jestem już zwykłą blogerką z sieczką w głowie. Mam ambitny plan odebrać wreszcie dyplom dojrzałości. Tak, Uniwersytet Wrocławski postanowił przyznać mi ten pospolity stopień, lub tak jak my, ludzie nauki zwykliśmy to nazywać – tytuł magistra. Mam gdzieś tam w zanadrzu jeszcze jeden tytuł, więc nie wiem – dopisać sobie może jeszcze kilka literek po nazwisku?
Nie piszę tego dlatego, żeby się pochwalić, bo wykształcenie wyższe w czasach, kiedy każdy może je zdobyć nie jest żadnym osiągnięciem. Przypomniało mi się dzisiaj, że od października nie pokwapiłam się po odbiór dokumentów. I tak trochę z wyższością patrzę na te wszystkie wasze opisy o sesji, bo ja już nic nie muszę. Chociaż kto wie, może to dopiero początek mojej naukowej kariery. Szafiarka-profesor robi wrażenie, nie?
fot. Paweł
żakiet: zara, sweter: tell her you saw me, spódnica: stradivarius, szalik: h&m, buty: tommy hilfiger, kapelusz: vila (boozt.com.pl/pl), torebka: new look


